Symbol Argentyny

trapiche_oakcask_malbec_2011
W naszych winnych podróżach udajemy się na drugą stronę Atlantyku, na przeciwległą półkulę – do Argentyny. Oczywiste skojarzenia z tym krajem to tango i Carlos Gardel wraz z Astorem Piazzollą, najlepsza wołowina na świecie, Diego Maradona, Patagonia a w winnym świecie przybyły tu z Francji Malbec.

Historia winiarstwa w Argentynie sięga pierwszy konkwistadorów, którzy zasadzili tu krzewy Vitis vinifera już w roku 1551. Pierwsze winnice powstawały wokół kościołów, aby zapewnić stały dostęp do win potrzebnych do liturgii. Wraz z falą europejskiej emigracji w XIX wieku przybyły do Argentyny nowoczesne techniki winiarskie. W momencie, kiedy kraj na dobre włączył się do światowej gospodarki, produkcja wina ruszyła z kopyta  – uprawa krzewów wzrosła z 5 tys. akrów (ok. 2 tys. ha) w latach 70 XIX w.  do 520 tys. akrów (210 tys. ha). Jednak przez wiele lat wino trafiało głównie na rynek lokalny i było chętnie spożywane do lat 70, kiedy zaczęło być wypierane przez napoje orzeźwiające i piwo. Proszę sobie wyobrazić, że od 1973 do 1991 roku konsumpcja wina w Argentynie spadła z 90 l na łebka do 55 litrów!!! I dla nich był to kryzys. Obecnie wynosi ono w okolicach 23 litrów, czyli jeszcze mniej.  Cóż jednak Polacy przy tym znaczą ze swoim 3 z haczykiem litra na twarz przez rok. Oczywiście produkowane wtedy wino było  gorszej jakości, a więc argentyńscy winogrodnicy postanowili ograniczyć areał i zaczęli produkować mniej, ale lepszego jakościowo wina. Można więc powiedzieć, że od lat 90 ubiegłego wieku mamy do czynienia z Argentyną, jaką znamy dziś.

Obecnie Argentyna jest piątym co do wielkości producentem wina na świecie, z roczną produkcją sięgającą 15,2 mln hektolitrów (x 100 – 1,52 mld litrów, czyli 2,02 miliarda butelek). Jest więc szansa, że jeden na czterech mieszkańców ziemi co roku może skosztować butelki wina z Argentyny. Najbardziej znany region winiarski kraju to Mendoza, położona u stóp Andów. Zasadzone jest tam 142 tys. ha krzewów, co stanowi dwie trzecie całości upraw w kraju.

Jak wspomniałem wcześniej, w Argentynie swój drugi dom znalazł szczep Malbec (sprowadzony w XIX wieku przez Domingo Faustino Sarmiento), którego ojczyzną jest francuski region Cahors, położony w południowo-zachodniej Francji (ciekawych odsyłam do interesującego artykułu Sławomira Chrzczonowicza, gdyż my jednak dziś mówimy o Nowym Świecie). W samej Mendozie jest zasadzony na 25 tys. hektarów, czyli stanowi nieco ponad szóstą część upraw.  Malbec daje wina o mocnej, atramentowej barwie i solidnej obecności tanin. Jest to grono mocarne samo w sobie, a w Argentynie nabiera podwójnej mocy, gdyż jakże obficie częstowany jest beczką. Można śmiało powiedzieć, że Malbec + beczka to wino-symbol Argentyny.

Taka jest też moja butelka. Wyprodukowana przez Trapiche, największego producenta wina w tym kraju, który posiada aż 1255 ha upraw w Mendozie i do tego skupuje grona od ponad 300 winogrodników w regionie. Początki tego domu sięgają roku 1883, kiedy Tiburicio Benegas nabył niewielkie posiadłości w Mendozie. Do śmierci udało mu się zwiększyć swój areał do 6,6 tys. hektarów! Po jego śmierci winnicę przejęli jego synowie. Do roku 1973 pozostawała ona w rękach rodziny Benegas. W tym właśnie roku winnicę przejął ród Pulenta. W 2002 wpadła ona ręce DLJ Merchant Banking Partners, wielkiego konsorcjum, które zrobiło z Trapiche markę, jaką znamy teraz.

Trapiche Oak Cask Malbec 2012 to typowy przykład zabeczkowanej Argentyny (w dobrym sensie tego słowa). Wino w kieliszku mieni się bordowo z domieszką fioletu. Jest ciemne i nieprzejrzyste. Już oko zapowiada, co może czaić się w szkle.  W nos w pierwszej kolejności uderza alkohol (14%), jednak po kilku minutach od nalania zdaje się on już niewidoczny (rada: otworzyć na godzinę przed spożyciem). Poza tym poczułem beczkę – czyli wanilię, gałkę muszkatołową, po tym pojawiły się owoce, czyli wiśniowo-śliwkowy koktajl, połączony z czarnymi porzeczkami. W ustach okazało się, że nie jest tak mocarnie, jak się mogło wydawać na początku. W pierwszej kolejności wychodzą jednak owoce podkreślone beczkowymi nutami i dałbym sobie głowę uciąć, że wyczułem lekki anyż. Kwasowość była harmonijna, nie wybijała się ponad inne walory. Smakuje troszkę jak wędzona śliwka pieczona z mięsem. Taniny nie były męczące – spodziewałem się sznurującego paszczękę mocarza, a wyszło bardzo zrównoważone wino, o średnio intensywnej strukturze i z dobrze zasymilowanym alkoholem.

Jest to wino do steka, do karkówki ze śliwką czy solidnego grilla. Wbrew moim oczekiwaniom okazało się równe, dosyć krągłe, choć mało skomplikowane i tu jest problem. Za półkowe 4,5 dychy spodziewam się już oznak finezji – tej się tu nie uświadczy. Mimo wszystko polecam, do pieczystego jak znalazł.

Trapiche Oak Cask Malbec 2012
Kupione w: Centrum Wina
Cena: 45,90 ( ja kupiłem w ramach urodzinowej promocji za 22,95)
Ocena: 7,5/10 (gdyby kosztowało tyle co w promocji, dałbym 8,5)

Na koniec zostawiam was z Carlosem Gardelem i Astorem Piazzollą.

1 komentarz

  1. To wino zasługuje na 6/10 niezależnie od ceny.

Dodaj komentarz