Dziecko w sklepie z cukierkami albo Zdegustowany na ProWein

Jak to dobrze być dla siebie dobrym i robić sobie fajne urodzinowe prezenty. W tym roku zafundowałem sobie wycieczkę na ProWein, czyli największe targi winne w Europie. I szczerze powiem – czułem się tam jak czterolatek w sklepie ze słodyczami.

 

ProWein, największe targi związane z winem w Europie, odbywają się co roku w Düsseldorfie. W tym roku przybyło tam 5970 wystawców z 50 krajów, co zdaje się było rekordową liczbą. Do tego było 420 wystawców spirytualiów z 30 państw. Istne szaleństwo. Postanowiłem wybrać się tam i naocznie zobaczyć, jak wyglądają te targi. Gdybym miał użyć jednego słowa, opisującego to, co tam się działo, to chyba „ogrom” byłby odpowiedni. Ale po kolei i chronologicznie.

Prowein15_JV8892
Zdjęcie z serwisu prasowego ProWein

W podróż wybrałem się z moim bratem, który o winie wie niewiele, ale chyba sam też potrzebował odrobiny wypoczynku. Pojechaliśmy autem i te 1200 kilometrów to bardzo prosta droga, jak wpadniecie na A1 w Warszawie, to potem ze trzy skręty po drodze i będziecie w dowolnym mieście w Zagłębiu Ruhry.  Z tym, że jednak parę godzin trzeba posiedzieć. Cóż, tak to jest, jak nie lubi się latać. My zatrzymaliśmy się w Wuppertalu, bo decyzję o wyjeździe podjęliśmy późno i jakoś nie chciało nam się płacić 500 euro za noc w samym Düsseldorfie. Hotel był fatalny, podobnie jak obsługa, ale na szczęście nie spędzaliśmy tam zbyt wiele czasu. Ważne, że transport do targów był prosty, a do stacji kolejowej mieliśmy jakieś 5 minut marszu.

Po przyjeździe na miejsce udałem się do biura prasowego, aby wydębić akredytację prasową. Oczywiście nie jestem profesjonalnym dziennikarzem, dlatego nie posiadam legitymacji prasowej, która wiele by ułatwiła. Dzięki wyprawie pozwiedzałem teren targów, a miła pani w biurze bez problemów wręczyła mi akredytację. Po raz pierwszy w życiu łaziłem z identyfikatorem, na którym widniało słowo „Press”. W momencie, gdy wchodziłem na targi, za mną, do okienka prasowego podszedł ni mniej ni więcej a sam Tim Atkin. Na luzaku taszcząc za sobą walizkę  – więc pewnie wprost z lotniska.

Po przekroczeniu bramek odwiedziłem w pierwszej kolejności Hanesa Spangenberga, z którym umówiłem się dwa dni wcześniej w Warszawie na degustację wyższych etykiet winnicy Excelsior. Po tym zmierzyliśmy w kierunku wystawców ze Słowenii. Nie ukrywam, że mam słabość to tego kraju i tamtejszych win. Najpierw był Kogl i fajna rozmowa z winiarzem Francim Cvetko. To człowiek o wielkim poczuciu humoru i dystansie do siebie. Robi świetne, czyste wina z Magna Domenica Ruber na czele. Później Devri Pax i ich bardzo dobrze ułożony Pinot Noir oraz ostry jak brzytwa Riesling. Później Scurek, Istenic, Kristancic… Dalej bardzo intelektualne wina z Tilii, ze szczególnym Pinot Noir Golden Tilia i świetna rozmowa z Matjazem Lemutem – bardzo ciekawa osobowość. I za chwilę hyc do stanowiska obok i próba win naturalistycznych od młodziaków z Guerilla. Muszę przyznać, że ich białe dają radę choć czerwone to jednak nie moja bajka.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Tak oto minęło pół dnia. Szybki bratwurst z musztardą, kawa i pora na drugą część dnia. A tu mamy Włochy. Wpierw spotkanie na stanowisku Luretty, o której pisałem już wcześniej. Tam skosztowałem musującego „On attend les Invites” z 2009 z jednej 500 wyprodukowanych butelek magnum, które otrzymało wyróżnienie na ProWeinie. Później jeszcze chwila na Panterę, czyli bardzo włoskie w odbiorze wino. No i oczywiście zakończenie słodkim La Rane.

20150315_141246
Goran Amnegard, właściciel winnicy Blaxta, przekonuje mnie (skutecznie), że w Szwecji można robić dobre wina.

Stojąc tam zostaliśmy zaczepieniu przez pana o urodzie grabarza, który powiedział, że ma świetne wina i jest ze Szwecji. Odpowiedziałem mu, że tam się nie da robić dobrych win, a on postanowił udowodnić, że jest inaczej. I udało mu się to. Najpierw spróbowałem jego Merlota, który był zdecydowanie dobry i ciężko byłoby powiedzieć, że pochodzi z północnych regionów (smakował goręcej niż te z Alto Adige). Dalej mieliśmy eisweiny – jeden z Vidala, pozostałe z jabłek i owoców róży. Wszystkie dobre, esencjonalne i wpadające w pamięć. Ale drogie jak diabli – ex cellar od 22 euro za 375 ml płynu.

Później krótka wizyta na stanowisku Giusti, którego importuje już Marek Kondrat, i szybkie strzały ich czerwieni – Valpolicelii Ripasso i Amarone. Oba bardzo gładkie i jedwabiste – wprost pyszne, aczkolwiek nieco bez charakteru. Był też prosty, gładki Merlot, jaki mógłbym pić co drugi dzień. Później spróbowaliśmy win z winnicy należącej do winemakera Giusti, Case Paolin. Były to bardzo fajne, czyste wina, szczególnie dobre Prosecco, z upraw ekologicznych.

Po krótkiej wizycie na włoskich stanowiskach, udaliśmy się do Portugalii, a tam wymiana zdań z Julią Kemper i ponowne pytanie – dlaczego nie ma jej w Polsce. Następnie z godzina spędzona na stanowisku Douro 4U, producentów, których łączy osoba winemakera Francisco Montenegro. Francisco, oprócz własnej winnicy Aneto, jest też konsultantem u swoich sąsiadów, którzy mają winnice w Douro. Oni uprawiają winorośla a Francisco robi z nich wina. Bardzo ciekawe, szczególnie, że wszystkie marki różnią się od siebie dość znacznie – od wycofanych, powoli rozwijających się win Aneto, przez ekspresyjne Porto z Quinta da Prelada, po zdecydowane i charakterne wina Terrus. Bardzo miło spędzony czas.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Tak skończył się pierwszy dzień.

Drugiego dnia wpadliśmy na stoiska win hiszpańskich. Od samego wejścia przywitała nas wystawa 100 najlepszych win hiszpańskich na ProWein. Pewne żeby się tam znaleźć, trzeba było co nieco zapłacić, bo nie zawsze znajdowały się tam wina warte uwagi. Taka jednak refleksja – 80 procent czerwonych to były zabite deską crianze i reservy, wszystko strasznie monotonne, mało smaczne i niezbyt oryginalne. Dość powiedzieć, że ze wszystkich tam zgromadzonych czerwieni, najbardziej zapadały w pamięć wina soczyste i owocowe. Wśród nich bardzo faje Les Sorts od Masroig, dostępne w Polsce w El Catador. Dalej zupełnie dobre Syrah z Dehesa del Carrizal i Matsu El Recib. Z białych najmilej wspominam Albariño Fulget i Santiago Roma. Zaś w bąblach klasą dla siebie było Eidosel Brut Nature z Rias Baixas – zrobione w 100% z Albariño – gładkie, cieliste i lekko słone. Po wizytach u producentów odpowiedzialnych za najbardziej smakujące mi wina udaliśmy się do Francuzów. I mieliśmy na nich nie więcej, niż dwie godziny.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Udało nam się trafić do razu na Dolinę Rodanu, a tam na bardzo dobre wina od Pierra Henri Morela, współpracownika słynnego Michela Chapoutiera. Od razu czuć w nich jakość począwszy od białego Laudun po najwyższych lotów Chateauneuf-du-Pape Lieu Dit Pignan. Choć w mojej skromnej opinii najwięcej w relacji cena-jakość daje doskonałe Gigondas. Wino gęste, owocowe, aromatyczne i bardzo bogate, ale nienachalne. Później spotkaliśmy niezależną winnicę Domaine Berrod z Beaujolais. Wszystkie wina to 100% Gamay. Szczególnie przypadło mi do gustu jego Fleurie – eleganckie, lekkie i bardzo przyjemne oraz owocowe Beaujolais Villages. Na koniec zaś weszliśmy na stanowisko wybranych win z Doliny Rodanu. I tam pławiliśmy się w Cote-Rotie, Condrieu, Hermitage, Lirac i Rasteau. Tak, możecie zacząć zazdrościć.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Niestety, ogłoszone zostało zamknięcie podwojów, a więc ruszyliśmy wraz z tłumem w kierunku wyjścia i tak zleciał nam drugi dzień targów. I byłby to bardzo dobry dzień, gdyby nie jakaś bliżej nieokreślona awaria kolei i trzy godziny czekania na pociąg do Wuppertalu. Nawet pracownicy informacji nie byli w stanie powiedzieć, kiedy nadjedzie nasz pociąg. Przyjechał grubo po dziesiątej w nocy. A niby taki porządek panuje u naszych sąsiadów.

Trzeci dzień, czyli ostatni, był dla nas krótszy, ponieważ wczesnym popołudniem uciekaliśmy do Polski. Wybór padł więc na selekcję win Mundus Vini, czyli niemieckiego winnego konkursu, którego wyniki zdają się być coraz częściej istotnym elementem winnego market, ingu. Dominowały tam wina niemieckie i nie ma się czemu dziwić  – niemieckie targi, niemiecki konkurs. Muszę przyznać, że wśród białych nie trafiłem na nic nadzwyczajnego – owszem, były dobre butelki, jak Rifel Riesling Quartz – bardzo mineralny i kwasowy, albo Sauvignon Blanc z Weinhaus zu Weimar – niemal wzorcowe SB – o dobrej kwasowości i rześkiej, odświeżającej strukturze. Wśród musujących najlepiej wryła mi się w pamięć Cava  Llopart Brut Nature z 2009 – bulionowa, gładka, z maluśkimi bąbelkami – w sam raz dla miłośników zerowego dosage’u, jak ja. Ale prawdziwe przyjemności czekały w czerwieniach z niezwykle ciekawym wyborem Spätburgunderów. Od lekkiego, nowozelandzkiego Pinot Noir Whitehaven 2012 – z niesamowicie czystym i gładkim owocem, przez nieco mocniejsze Fas(s)zination Spätburgunder z Falsengartenkellerei po zawodników naprawdę mocnych – Feuereberg 2012 od Burkheimer Winzer, bardzo mocny, złożony, gładki i  smaczny i mojego faworyta, chyba nawet z całych targów: Graf von Schönborn Hallburger Schlossberg Spätburgunder 2012. Nawet mój średnio obeznany brat po pierwszym zaciągnięciu się tym winem spojrzał na mnie znacząco i wyartykułował równie znaczące „łaaaał”. W rzeczy samej – łaaaał. Wino ma piękne aromaty wiśni, kawy, czekolady, dymu , tytoniu, wanilii a w ustach gładkość, harmonia i niekończący się  niemal finisz. Bez problemu dałbym mu 9,5/10. Był jeszcze ciekawy macedoński Pinot z Domaine Lepovo. Solidna struktura i dużo przyjemności.

Problem był za to z bordosami, bo wśród wielu wystawionych butelek tylko jedna w mojej opinii zasługiwała na uwagę – było to Pomerol Chateau Cantelause 2012 – dużo przyjemnego owocu, dużo soczystości i wielka przyjemność picia. Wiele z pozostałych bordoszczaków było zbyt monotonnych i nudnych – szkoda. Bardzo dobre było Barolo z winnicy Terre del Barolo, lekkie i bardzo przyjemne, świetnie pijalne Chianti Riserva Lorciano, doskonały 2012 Obra Prime Malbec Cuyo z argentyńskiej winnicy Familia Cassone oraz największy freak tego wyjazdu – azerski Savalan Cabernet Sauvignon produkowany metodą ripassato. Doprawdy, wielu producentów z Valpolicelli mogłoby brać to wino za wzór ripasso. Bomba!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Takim oto akcentem zakończyła się moja przygoda z ProWeinem. Refleksje po pierwszym razie? Planować! Nie ukrywam, że trochę latałem po tych targach jak pies po sklepie mięsnym i pewnie straciłem sporo czasu na pierdoły no i na pewno ominęło mnie wiele ciekawych win. Dlatego poniżej kilka porad, jak sobie zorganizować taki wyjazd:

1. Planujcie z wyprzedzeniem – organizację wyjazdu na targi zaplanujcie dużo wcześniej (3-4 miesiące przed). Dzięki temu znajdziecie hotele czy apartamenty w samym mieście w rozsądnych cenach, a nie od 300 euro za noc.

2. Sprawdzajcie wystawców – sprawdzajcie na stronie targów, kto i gdzie się wystawia – jeśli szukacie konkretnych producentów, wyszukajcie ich i ustalcie sobie wcześniej marszruty – targi są potężne i nie ma sensu biegać z wywieszonym językiem pomiędzy poszczególnymi halami.

3. Uczcie się – na targach jest dużo paneli, w których można wziąć udział; ja w tym roku o tym nie myślałem, ale w następnym na pewno z kilku skorzystam

4. Wypluwajcie 🙂 – tak, trzeba wypluwać, żeby poznać jak najwięcej win.

5. Rozmawiajcie – targi dają możliwość porozmawiania z wieloma winiarzami, więc róbcie to. W większości są to niezwykle ciekawe osoby, dla których wino to nie tylko biznes (urok ten znika, gdy wchodzicie na stoiska dużych producentów, gdzie za prezentację win odpowiadają przedstawiciele handlowi). Przyznaję, że najlepiej rozmawiało mi się z tymi, którzy mieli dłonie rolników, a nie pracowników biurowych.

No i do zobaczenia za rok.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.