Co robi Makłowicz w Biedronce?

Makłowicz_Biedronka

W październiku ubiełgłego roku Robert i Mikołaj Makłowiczowie sprzedali firmie Jantoń swój winiarski interes, czyli Wino Makłowicz i Selekcję Makłowicz. Do tego dorzucili wizerunek Roberta Makłowicza w zakresie wina. W lutym pojawiły się w Biedronce pierwsze etykiety, które poleca słynny kulinarny podróżnik. I ja się pytam: what da fuck?

Gdy dotarły do mnie pierwsze informacje o serii Makłowicz Poleca, która pojawiła się w sieci Biedronka, nie wierzyłem własnym zmysłom. Pomyślałem – wtf? Olaboga? Kie licho? Jak to możliwe, że ten najsłynniejszy promotor lokalności, kulinarnej tradycji i specku wszedł w komitywę z siecią, która jest absolutnym przeciwieństwem wartości przez niego promowanych? Jak daleko zboczył ze swojej ścieżki, czyżby za dużo palinki połączonej z raki i sznapsem? Czyżby jakieś niespłacalne długi? Nie wiem, jaki był powód tej wolty (choć już zboczenia były w tym zakresie – wszak Pan Makłowicz występował w reklamach Tesco), ale poczułem się z deka, jakby mi kto nieświeżą makrelą albo miruną w wodnej glazurze (min. 70%) przywalił w twarz.

Oto bowiem człowiek, w którego historie wsłuchiwałem się niedzielnymi popołudniami od niemal pacholęctwa (wszak seria Makłowicz w podróży powstała w roku 1998), który mądrze bawił i średnio pieczołowicie siekał cebulę, wychwalał nad wszystko prostotę, tradycję i celebrował jakość lokalnych produktów, podpisał pakt z diabłem. Największa sieć, odpowiadająca za 20% handlu detalicznego w Polsce, to zaprzeczenie powolności, wysokiej jakości i tak hołubionej przez podróżnika wyjątkowości lokalnej tradycji.

I co z tego, że na półki wstawił nierocznikowego Grüner Veltlinera (wszak rocznikowy, całkiem niezły, był już wcześniej w owadziej ofercie). I cóż, że w filmiku promującym selekcję odnosi się do aspiracji części konsumentów („zaraz wyjadą Państwo w austriackie Alpy” – acha), cóż, że z typową swadą mówi o zawartości kieliszka, i cóż po raz trzeci, że wymienia Gruner Veltlinera i Zweigelta, skoro to jakieś anonimowe, nierocznikowe zlewki. Albo Garnacha z bodegi, która ma 3 tysiące hektarów (i dostarcza do Lidla inne budżetowe wino). Wszak to przemysł i fabryka, nie radosny rodzinny interes.

Jako marketer z profesji rozumiem owadziego detalistę. Też na ich miejscu chciałbym, żeby, bądźmy szczerzy, średniej jakości produkty firmowała uznana osoba – wiecie, influencer. Taki, którego wizerunek jest jednoznacznie pozytywny i do tego skupiony wokół dobrej kuchni. Domyślam się, że może to być całkiem efektywne działanie – brawo marketerze, będzie premia. Natomiast nie rozumiem pana Makłowicza, który w tym momencie stał się listkiem figowym mierności spożywczego przemysłu. Swoim wizerunkiem usprawiedliwia przeciętną jakość i taśmową produkcję, wszak ciepło jego imidżu spływa na całą resztę Biedronki. Daje przyzwolenie na miernotę. Mam jedynie nadzieję, że było to spowodowane niewygodnymi zapisami w kontrakcie z Jantoniem i milionowymi karami,  a nie dobrą wolą pana Makłowicza. W przeciwnym przypadku

Dodaj komentarz